Ilustracja: Adam Kosik

Czym chata bogata

W Kapsztadzie sąsiadują ze sobą luksusowe wille za miliony i nielegalnie postawione blaszane szopy. Ta bliskość to nie wyraz dobrego sąsiedztwa, tylko problemów mieszkaniowych najbardziej posegregowanego rasowo miasta RPA.
Autor
Tadeusz Michrowski

REPORTAŻ JEST DOSTĘPNY TAKŻE W WERSJI AUDIO (CZYTA KAMILA KALIŃCZAK):

W Khayelitshi słychać huk wbijanych w blachę gwoździ, a Eugene Sambata śmieje się, że nie ma pojęcia jak budować „domy”, które sprzedaje. Jest muzykiem, grywał w Belgii i Dubaju, studiował zarządzanie biznesem. Może mógłby robić co innego? Kręci głową: – To mnie wyżywiło, ubrało i zapłaciło za moją edukację. Bungalowy budowali mój ojciec i dziadek – podkreśla.

W takich miejscach jak Khayelitsha, o podobnych konstrukcjach mówi się właśnie „bungalowy”. Ale już poza nimi częściej słychać określenie shacks, „szopy”. Są zbite z kilku desek i cynkowanej blachy falistej o ścianach nie grubszych niż milimetr. Eugene twierdzi, że postawił takich tysiące.

To największy, jaki jest do kupienia. Tu możesz mieć sypialnię, a tam kuchnię – opowiada, pokazując najnowszą inwestycję, która ma zaledwie kilkanaście metrów kwadratowych i kosztuje 8,5 tys. randów, czyli równowartość 1,9 tys. złotych – Da się zbudować większy, ale to byłoby specjalne zamówienie. To nie jest towar dla bogatych ludzi, tylko tych, którzy próbują przeżyć.

Na zewnątrz majaczy w oddali zarys Góry Stołowej, symbolu Kapsztadu. Czwartego najpiękniejszego miasta według „Harper’s Bazaar” z 2019 r. Magazyn odnosi się do tej jego części, gdzie domy kosztują nie kilkanaście tysięcy randów, tylko kilkaset milionów.

Dlatego bardziej trafny wydaje się inny ranking: według raportu Banku Światowego z marca 2022 r., Republika Południowej Afryki jest krajem o największych nierównościach społecznych na świecie. I nigdzie nie widać tego wyraźniej, niż w jej najstarszym mieście, Kapsztadzie.

 

* * *

 

Khayelitsha to jedno z najludniejszych townships w całym RPA. Tak nazywa się osiedla, które przez większość XX wieku powstawały w kraju dla osób o innym kolorze skóry niż biały.

W 1948 r. do władzy doszła silnie inspirująca się nazistowską retoryką Partia Narodowa. Choć pierwsze wybory wygrała w dyskusyjnych okolicznościach, to przez cztery następne dekady zdołała utrzymać się na czele państwa, narzucając mu system, który przeszedł do historii jako apartheid.

Jej ideolodzy głosili, że chcą „pozwolić każdej z grup etnicznych rozwijać się zgodnie z potrzebami jej kultury”. Bardziej wprost wyrażono to jednak w jednej z wczesnych broszur ugrupowania, w której zapisano, że „autochton w mieście ma być gościem, który nigdy nie uzyska praw politycznych ani społecznych na równi z Europejczykami”.

Metropolie postanowiono więc projektować tak, żeby nie brakowało czarnych pracowników, ale jednocześnie, żeby nie korzystali oni z usług i infrastruktury przeznaczonych dla białych. Townships budowano w odległości kilku, kilkunastu kilometrów od centrum – z czasem do niektórych z nich podciągano połączenia kolejowe, ale nigdy nie rozwijano ich w sposób zorganizowany. Mieszkańcy mieli w dokumentach wpisane miejsce zamieszkania i pracy, przebywanie poza tymi wyznaczonymi strefami groziło grzywną, a nawet więzieniem.

To townships były miejscami największego oporu wobec apartheidu, ale gdy ten dobiegł końca, ich mieszkańcy nie doczekali się zmiany jakości życia. Do władzy doszedł Afrykański Kongres Narodowy (partia Nelsona Mandeli) i choć rządzi do dzisiaj, nie spełnił wielu ze składanych obietnic.

W tym czasie dochód ludzi z townships pozostał podobny, a tych z centrum wzrósł czterokrotnie – przytacza statystyki Yusrah Bardien z organizacji Ndifuna Ukwazi, która między innymi lobbuje za przekazaniem na budownictwo socjalne większej ilości ziemi w śródmieściu Kapsztadu. Przed laty wysiedlano stamtąd nie–białych mieszkańców w region Cape Flats: jałowej, piaskowej równiny, oddzielonej od głównej części miasta naturalnym murem Góry Stołowej.

DZ RPA 2
Autorka ilustracji: Małgorzata Suwała

Kapsztad początkowo nie realizował polityki wypychania ludzi do townships, ale przyjął ją w latach 60. i do upadku apartheidu stał się najbardziej posegregowanym miastem w kraju. Mapa stworzona wspólnie przez Ndifuna Ukwazi oraz organizację praw lokatorów Reclaim The City, wylicza 146 tys. szop zbitych w 437 nieformalnych osiedli. Według spisu powszechnego z 2011 r., zamieszkuje w nich co piąty mieszkaniec miasta, ale akademicy szacują, że zarówno liczby bezwzględne, jak i dane procentowe, są znacznie wyższe.

To dlatego, że migracja ze wsi do Kapsztadu ciągle przyśpiesza. Co chwila powstają nowe, samorzutne townships – niektóre tak małe, że nawet nie doczekują się nazwy, inne ochrzczone np. od głośnych wydarzeń. Jak jedno z najnowszych, funkcjonujące pod szyldem Covid.

Według dokumentów planistycznych opracowywanych przez lokalne władze, ponad połowa domów postawionych w mieście między 2020 a 2040 r. ma być nieformalna.

 

* * *

 

Codziennie chodziłam do pracy i codziennie za to, czego nie wydałam na życie, kupowałam jedną deskę. Swój pierwszy dom, szopę, zbudowałam sama – wspomina Phumza, która przyjechała do Kapsztadu ponad dwadzieścia lat temu. Przez ten czas sporo się w jej życiu zmieniło, bo o tamtej konstrukcji opowiada siedząc wygodnie w kilkupokojowej willi z basenem, przed którą stoi zaparkowany nowy SUV.

Z wykształcenia i pierwszego zawodu pielęgniarka, z czasem stała się jednoosobową korporacją. Jest agentką, czyli pośredniczką pomiędzy dostawcami towarów i usług, a ich dystrybutorami, myśli o otworzeniu własnej stacji benzynowej. Ale przede wszystkim wynajmuje nieruchomości. Ma na rynku pięć domów, szósty właśnie buduje. Wszystkie są murowane, wszystkie w Khayelitshi.

Nie żądam dużo, wiem w jakiej sytuacji są ludzie. Nie próbuję zarobić na nich za wszelką cenę – twierdzi. Ceny ma faktycznie zbliżone do tych w budowanych przez miasto domach socjalnych na wynajem. Jej nieruchomości są jednak łatwiej dostępne, nie trzeba mieć znajomości, żeby móc w nich zamieszkać.

Phumza to przykład elity townships – grupy przedsiębiorczych ludzi, którzy wbrew przeciwnościom dorobili się i dzisiaj żyją godnie, pozostając członkami społeczności, z której wyrośli. Kto dobrze zna Khayelitshę, ten będzie umiał wskazać dom wojskowego, policjanta, urzędnika, czy nawet członka parlamentu. Dla wielu są dowodem, że „w townships są pieniądze”. W rzeczywistości to jednak tylko odstępstwa od reguły.

W jednym z najstarszych nieformalnych osiedli nadal mieszka kuzynka Phumzy – przyjechały w tym samym czasie, ale ona wciąż zajmuje szopę. To nie obraz nędzy i rozpaczy, w środku jest nowa pralka i dobry sprzęt grający, jej syn ogląda w telewizji wyścigi Formuły 1 i mówi, że chciałby zostać jej kierowcą. A potem przeprasza i wychodzi do toalety: górki piachu w rogu podwórka.

Teoretycznie w lepszych warunkach żyje Caroline Kholeka, która razem z córką i wnuczką mieszka nie w szopie, a właśnie murowanym domku. Ale ostatnio zawalił się w nim sufit, a budynek podtapia przy każdym większym deszczu, więc cała trójka bez przerwy choruje.

Kobieta żyje nadzieją wyprowadzki do sąsiedniej prowincji, skąd pochodzi, ale tamtejszy dom był kilkukrotnie okradziony i wymaga remontu. – Nie wiem, ile czasu zajmie mi doprowadzenie go do stanu używalności… Jestem coraz starsza i nie wiem, czy tego dożyję – wzdycha 60–latka.

Ale wbrew pozorom, w kategoriach Khayelitshi jest taką samą szczęściarą jak Phumza – należy do grupy 40 proc. dorosłych mieszkańców townships, którzy w ogóle mają pracę. Codziennie wsiada w minivana w miejscu wyglądającym jak ze stereotypowych zdjęć afrykańskich slumsów, a wysiada w centrum Kapsztadu nie różniącym się od nowoczesnego, zachodniego miasta. Zarabia tam na odnowienie swojego domu, sprzątając mieszkania innych ludzi.

 

* * *

 

Sherry Varkel siada przy wartym kilkadziesiąt tysięcy złotych stole, wyjmuje z torebki niewielki spryskiwacz i rozpyla mgiełkę środka dezynfekującego.

Dom, który wybrała na spotkanie jest wyceniany na równowartość kilkudziesięciu milionów złotych. Nic dziwnego – willa nad samym brzegiem oceanu ma kilka poziomów, cztery sypialnie pełne nowoczesnej sztuki afrykańskiej i włoskich mebli, basen, oraz oczywiście jacuzzi. Ale największe wrażenie robi co innego: budowla jest dosłownie osadzona w skale, niektóre korytarze biegną pomiędzy wielkimi głazami. To posiadłość jakby żywcem wyjęta z filmów. Bywa zresztą, że w nich występuje.

Sherry nie jest jednak jego właścicielką, tylko pośredniczką. Specjalizuje się w wynajmie nieruchomości w Atlantic Seaboard, wąskim pasie ziemi między Górą Stołową a wybrzeżem Atlantyku. To historycznie bogata i wciąż głównie biała część Kapsztadu.

W willi jest cicho i spokojnie, w tle słychać tylko pikanie lodówki, która zresetowała się po jednej z coraz częstszych ostatnio przerw w dostawie prądu. Tom, przypisany do posiadłości kucharz, przygotowuje herbatę. – W pakiecie oprócz niego znajduje się też zarządca nieruchomości, a czasem i lokaj – oznajmia Sherry.

Pokazuje swoją stronę internetową z ponad 130 ofertami, na ogół na krótsze, czasami dłuższe terminy. – Najwięcej zarabiamy na przełomie grudnia i stycznia. To wysoki sezon, wtedy minimalna długość pobytu to dwa tygodnie, a kto chce zostać krócej i tak musi zapłacić za przynajmniej tyle – wyjaśnia.

Stawka najtańszej z nieruchomości w ofercie Sherry wynosi równowartość 5,5 tys. złotych, najdroższej ponad 100 tys. Za noc.

Wielu z naszych klientów kojarzyłbyś, gdybym podała ich nazwiska. To aktorzy, politycy i biznesmeni światowego formatu. Ale oczywiście obowiązuje nas dyskrecja – oznajmia kobieta.

Według raportów południowoafrykańskiego think tanku Centre for Affordable Housing Africa, z 8 regionów metropolitalnych w RPA, to właśnie Kapsztad ma najwyższy odsetek luksusowych nieruchomości. A wartość tych sprzedanych w Atlantic Seabord, już po pandemii wyniosła równowartość 327 mln złotych i pobiła dotychczasowe rekordy. Po raz pierwszy od lat zaczyna ich w tej części miasta brakować.

Brakuje w niej też czegoś jeszcze: otwartości na obcych.

Lladudno, gdzie znajduje się willa w skale, to przedmieście–twierdza. Nie ma tu restauracji ani sklepów, żeby nie ściągać niepotrzebnych gości. O dziwo nie ma też ogrodzeń pod napięciem, choć chyba po prostu nie są potrzebne: wjazd na osiedle jest tylko jeden, obserwowany przez wartownika z budki oraz liczne kamery, na pierwszym i drugim skrzyżowaniu stoją samochody z uzbrojonymi strażnikami.

Kiedyś można było spokojnie spacerować przez miasto, dziś nie ma tej wolności – stwierdza Sherry – Jest tylu bezdomnych, wszędzie. Rząd nic dla nich nie robi, na pewno można by gdzieś ich zabrać, wyszkolić na ogrodników albo elektryków – dorzuca.

Ale w Lladudno nie wydaje się, żeby brakowało przedstawicieli tych zawodów. Na osiedlu, gdzie według ostatniego spisu mieszka niecałe 600 osób, w 90 proc. białych, wszyscy wykonujący prace manualne są czarni. Parkingowy, który wskazuje miejsca na plaży, mężczyźni zamiatający podjazdy, kobieta pieląca ogród i robotnik, który reperuje płotek. Wszyscy oni skończą przed zmierzchem, wymaszerują jedyną drogą wyjazdową z dzielnicy i już poza nią złapią minibus, którym wrócą do jednego z townships.

To musi być bardzo trudne, przyjeżdżać stamtąd i pracować w takim miejscu. Zwłaszcza z klientami, którzy lubią się popisywać – współczuje Sherry.

 

* * *

 

Jest słoneczny, wiosenny dzień, kiedy Loumko otwiera bramę i macha do żołnierzy, którzy siedzą przy namiocie po drugiej stronie płotu. Później uda się do nich na miłą pogawędkę, pozdrowi i zapyta o rodziny. Całe to ciepło pozwala na chwilę zapomnieć, że żołnierze pilnują terenu przed takimi samymi okupantami, jak ci, którzy założyli miejsce po wewnętrznej stronie bramy.

Erf 81 to najstarsza w Kapsztadzie okupacja, jak nazywa się tu miejsca zajęte przez samowolnych lokatorów lub budowniczych szop. Powstała na początku lat 90. w miejscu dawnej bazy wojskowej w samym środku miasta, najbliższa z luksusowych nieruchomości oferowanych przez Sherry Varkel leży w odległości pięciu minut spacerem. Mieszkańcom byłej bazy udało się zbudować z bogatszymi sąsiadami udaną relację.

Choć nie wszystkimi. Gdy Loumko, rozpoznawalny przedstawiciel Erf 81, który na Airbnb oferuje wizyty w tamtejszym ogrodzie, sam wybiera się do rodziny po drugiej stronie centrum, zabiera ze sobą nóż. Tuż obok bramy znajduje się kilkadziesiąt szop – obie społeczności nie utrzymują kontaktów.

Jeszcze w 2016 r. Ndifuna Ukwazi stworzyło mapę nieformalnych domostw, oszacowując ich całkowitą liczbę w mieście na 146 tys. Miasto regularnie je usuwa, więc liczba stale się zmienia i nie jest łatwa do ustalenia, ale władze podają, że tylko między marcem 2020 a grudniem 2021 roku powstało 69 tys. nowych struktur w ramach tak zwanych „bezprawnych okupacji”, przede wszystkim w townships.

Kapsztad aktywnie wspiera rozwój budownictwa socjalnego: dom można tanio wynajmować albo nawet dostać, o ile spełnia się kryteria wyjątkowo niskich zarobków i ma się odpowiednio wysoką pozycję na liście oczekujących. Dziś figuruje na niej jednak 600 tys. osób, a co roku przybywa dodatkowych 20 tys. Władze miasta szacują, że osiedlenie ich zajęłoby minimum 70 lat.

W dodatku z 6,5 tys. mieszkań przewidzianych do budowy w najbliższej przyszłości, tylko co trzecie znajduje się w granicach Kapsztadu. Tymczasem dojazdy są jednym z największym problemów mieszkańców townships. Według wyliczeń Andrew Kerra, wykładowcy ekonomii na Uniwersytecie w Kapsztadzie, mieszkaniec Khayelitshi, który ma etat w centrum za pensję minimalną, wydaje aż 26 proc. swojej dniówki właśnie na transport.

Dlatego ludzie często biorą sprawy w swoje ręce. – Postawimy bungalowy tam, gdzie powiesz, żebyśmy postawili – oznajmia Eugene Sambata – Ale musimy być pewni, że jesteś właścicielem ziemi. Nie w sensie formalnym, tylko że rozmawiałeś już z sąsiadami i upewniłeś się, że nie mają nic przeciwko – wyjaśnia.

Ta samowola często budzi jednak konflikty na większą skalę. W trakcie pandemii nieformalne osiedla powstały np. na torach kolejowych prowadzących do Khayelitshi. Blokują naprawę infrastruktury i uruchomienie pociągów, utrudniając milionom ludzi dostanie się do pracy.

Odpowiedzią stał się rozwój prywatnego sektora firm ochroniarskim. Najsłynniejsza z nich, której pracownicy od koloru mundurów są przezywani czerwonymi mrówkami, wielokrotnie była oskarżana o łamanie praw człowieka podczas eksmisji, niektórych zlecanych również przez władze Kapsztadu. Jak na ironię, w szeregach tych ochroniarzy są też ludzie sami zasiedlający nielegalne okupacje. Wielu od bezdomności dzieli to, że za niewielkie pieniądze chronią czyjąś nieruchomość przed zajęciem jej przez osoby podobne do nich.

Wszystko wskazuje jednak na to, że problem powoli dotyka już nie tylko ubogich. Jesienią serwis informacyjny News24 podawał, że zależnie od typu mieszkań, ceny wynajmu w Kapsztadzie wzrosły od 7 do 30 procent w ciągu roku. Coraz więcej osób z klasy średniej, mających stałe zatrudnienie albo własny biznes, zastanawia się jak długo jeszcze będzie stać je na życie w mieście.

Na budowie w Khayelitshi Eugene Sambata patrzy, jak w górę idą ściany kolejnego bungalowa – Chciałbym dawać ludziom pracę, to mi wystarczy – uśmiecha się. Ale to zatrute marzenie, bo sukces jego biznesu będzie równocześnie dowodem, że Kapsztad dalej zawodzi swoich mieszkańców.

Reportaż powstał dzięki wsparciu odbiorców w serwisie Patronite. Możesz do nich dołączyć tu: https://patronite.pl/dzialzagraniczny

Dziękuję!

Tadeusz Michrowski

Pisarz i reporter. Zajmuje się głównie krajami tak zwanego Globalnego Południa, klimatem, a także kwestiami społecznymi i gospodarczymi. Laureat kilku nagród (Covering Climate Now, Polsko-Niemiecka Nagroda Dziennikarska), nominowany do kilku innych (m.in Grand Press). Stypendysta MKiDN, Reporting Democracy Fellowship oraz rządów Quebecu i Południowej Afryki.