Pierwszy kraj jest znany z najniebezpieczniejszego miasta na świecie i tego, że niedawno wojsko przejęło tam obowiązki policji, a drugi z tego, że w ogóle nie ma armii, a jego mieszkańcy w rankingach zadowolenia z życia regularnie lądują na podium. Ale Honduras i Kostarykę też coś łączy – kariery ich najbogatszych obywateli właśnie się walą z powodu handlu narkotykami.

Kostaryka„Taaaką kokainę złowiłem” (Fot. Chris Goldberg/Flickr)

Gilbert Bell Fernández jeszcze dwa trzy tygodnie temu spokojnie patrzył w obiektywy fotoreporterów, zeznając w kostarykańskim parlamencie, że nic nie wie o nielegalnej działalności na wschodnim wybrzeżu kraju. Ale już po paru dniach, z białym prześcieradłem na głowie, został przez policję odprowadzony do aresztu, gdzie prewencyjnie spędzi nawet do pół roku. Prokuratura ma w tym czasie skończyć przygotowywać akt oskarżenia, według którego Bell Fernández stoi na czele największego imperium narkotykowego w tym państwie.

W latach 90. zaczął się wraz z bratem zajmować rybołówstwem w prowincji Limón położonej na wybrzeżu atlantyckim. Interesy najwyraźniej szły rodzinie coraz lepiej, bo wraz z biegiem lat wszyscy jej członkowie zaczęli obnosić się z nowo nabytym bogactwem. Sam Gilbert posiada kilka luksusowych rezydencji, z których jedna jest w dodatku ufortyfikowana jak twierdza – wysłany po niego specjalny oddział policji miał spore problemy z wyważeniem jej drzwi wejściowych. W stolicy fortunę Bell Fernándezów tłumaczono sobie drobnymi przekrętami rodziny: choć ich firma oficjalnie zatrudniała jedynie 100 osób, to w rzeczywistości na czarno pracowało dla niej ponad 1 tys. rybaków, a w dodatku Gilbert był komisarzem do spraw rybołówstwa w nadzorującym ten sektor gospodarki państwowym instytucie, który co miesiąc nie tylko sprzedawał mu benzynę po zaniżonych cenach, ale jeszcze dorzucał gratis od 15 do 20 tys. litrów na każdy z jego 60 kutrów. Odwiedzających Limón dziennikarzy ze stolicy mogło tylko zastanawiać, dlaczego do jego przydomka Macho, miejscowi dorzucają jeszcze słowo Coca.

Teraz okazuje się, że kutry Bell Fernándeza poławiały znacznie więcej, niż ryby.

Pomiędzy Nikaraguą, Panamą i Kostaryką, mniej więcej 60 mil morskich od wybrzeża tej ostatniej, znajduje się strefa przez marynarzy zwana Dos Aguas. Krzyżują się tam prądy, które kumulują pływające w Oceanie Atlantyckim śmieci – w tym paczki z kokainą, które ze swoich motorówek wyrzucają przemytnicy uciekający przed pościgiem funkcjonariuszy. Kutry Bell Fernándeza zgarniały ten bezpański towar i zwoziły go do Kostaryki. W ostatnim czasie było go już tak dużo, że przedsiębiorca w tajemnicy i z dala od innych zabudowań, wzniósł nawet własną mini-przystań, gdzie jego podwładni mogliby w spokoju dokonywać rozładunku. To właśnie w sprawie tego odkrytego niedawno portu zeznawał na początku października w parlamencie, chociaż śledczy i tak już wcześniej byli na jego tropie. Prokuratura posiada podobno setki godzin nagrań z podsłuchów telefonicznych, z których wynika, że Macho Coca wszedł w spółkę ze stołecznym gangiem braci Valerio, którzy zdobyte za darmo narkotyki rozprowadzali dla niego po całym kraju.

Aresztowanie Bell Fernándeza nie zmieni jednak tego, że prowincja Limón od kilku lat zamienia się w ulubioną kryjówkę kolumbijskich przemytników kokainy, za co wysoką cenę płacą żółwie morskie oraz ekolodzy. A także, że sama Kostaryka stała się dla narkotykowych baronów wielką pralnią pieniędzy.

HondurasTo niestety najbardziej znana na świecie twarz San Pedro Sula (Fot. Globovisión/Flickr)

W tym czasie, gdy policja w Kostaryce aresztowała Bell Fernándeza, funkcjonariusze w Miami zakuwali w kajdanki Yankela Rosenthala, członka najbogatszej rodziny Hondurasu. Amerykańska prokuratura stawia mu właśnie zarzut prania brudnych pieniędzy z handlu narkotykami.

To wnuk rumuńskiego Żyda o tym samym imieniu, który w 1929 r. uciekł do Ameryki Środkowej przed europejskim antysemityzmem i osiadł w San Pedro Sula. Dziś ta nazwa wzbudza przede wszystkim strach, bo według danych Obywatelskiej Rady Bezpieczeństwa Publicznego i Sprawiedliwości Sądowej (szanowanej meksykańskiej organizacji pozarządowej) jest to od czterech lat najniebezpieczniejsze miasto na świecie: na każde 100 tys. obywateli przypada tu bowiem aż 171 morderstw. Ale przed niemal wiekiem San Pedro Sula było przemysłową stolicą Hondurasu i świeży imigrant Rosenthal, z wykształcenia elektryk, świetnie wykorzystał ten potencjał. Zaczął co prawda od założenia sklepu odzieżowego, ale szybko zorientował się, że dzięki znajomości języków obcych może więcej zarobić na pośredniczeniu pomiędzy lokalnym biznesem a zagranicznymi wielkimi firmami: jego klientami były między innymi Nestlé, Kellogg’s i Goodyear. Dzięki temu mógł założyć konsorcjum Grupo Continental, w skład którego wchodzą dziś między inymi największy bank w kraju, telewizja o jednej z najwyższych oglądalności, popularna gazeta, towarzystwo ubezpieczeniowe czy wiele przedsiębiorstw z rynku spożywczego.

Dziś na czele tego konglomeratu i całego rodu stoi jego syn, Jaime. To ten 79-latek rozszerzył wpływy rodziny na krajową politykę. Jeden z przywódców Partii Liberalnej Hondurasu, był wiceprezydentem kraju w latach 1986-1990 oraz trzykrotnym kandydatem swojego ugrupowania do prezydentury. Jego własny syn Yani, uważany za następnego w rodzinnej hierarchii, także był kilkukrotnie typowany do objęcia najważniejszego urzędu, do zeszłego roku zasiadał w parlamencie, a w latach 2006-2007 był ministrem. Taką samą rządową pozycją do czerwca zeszłego roku cieszył się także aresztowany w Miami Yankel. Amerykańska prokuratura zarzuca całej trójce, że przez ostatnią dekadę współpracowała ręka w rękę z przemytnikami kokainy z całej Ameryki Środkowej, których brudne pieniądze były prane w należącym do Rosenthalów Banco Continental – ta instytucja stała się teraz pierwszą ze swojego sektora, którą Stany Zjednoczone wpisały na czarną listę przemysłu narkotykowego.

Rosenthalowie wszystkiemu zaprzeczają i proszą o spokój posiadaczy prawie 200 tys. kont w ich banku, z których wielu urządziło demonstracje pod jego placówkami. Co prawda w samym Hondurasie więzienie im raczej nie grozi, to jednak wydaje się, że jest to koniec ich politycznych karier i być może cios dla finansowego imperium. Co zapewne zostanie źle przyjęte przez kibiców Marathónu – należącego do rodziny klubu piłkarskiego z San Pedro Sula, który jest jednym z niewielu powodów do radości dla tamtejszych mieszkańców.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

4 odpowiedzi

  1. Ale Honduras i Kostaryka też coś łączy … Honduras i Kostarykę (tuż nad zdjęciem) 🙂

    Dzięki za artykuł – jak zawsze warto było przeczytać.
    Pozdrawiam
    grom

  2. Hej, grammar nazi ponownie się kłania.
    W Kostaryce, nie „na Kostaryce”.
    Kostaryka nie jest wyspą.
    Pozdrawiam 🙂

Możliwość komentowania została wyłączona.