Przekwitła wiosna

5

Dokładnie cztery lata temu, 14 stycznia 2011 r., w Tunezji został obalony wieloletni prezydent Ben Ali. Był to kulminacyjny moment rewolty, która zaczęła się zaledwie trzy tygodnie wcześniej od samospalenia młodego handlarza ulicznego i wraz z upadkiem dyktatora rozlała się na niemal całą Afrykę Północną i Bliski Wschód, zyskując sobie chwytliwą nazwę Arabskiej Wiosny. Jeżeli jednak dziś podsumować bilans tamtych wydarzeń, to niestety okazuje się, że zaraz po wiośnie przyszła zima.

Arabska WiosnaCele Arabskiej Wiosny z czasem się rozmyły (Fot. Mosa’ab Elshamy/Flickr)

W większości przypadków Arabska Wiosna okazała się jedynie krótkotrwałym zapłonem, który ostatecznie nie doprowadził do żadnego pożaru. W Algierii, jedynym kraju, gdzie publiczne wystąpienia zaczęły się jeszcze przed upadkiem Ben Alego w Tunezji, wystarczyło znieść obowiązujący od niemal dwóch dekad stan wyjątkowy, podnieść pensje w budżetówce i polecić policji, żeby nie nękała kierowców bez ważnego prawa jazdy, a protesty ucichły same – dlatego głową państwa wciąż pozostaje 78-letni Abdelaziz Bouteflika, mimo że od wielu miesięcy jest hospitalizowany z taką częstotliwością, że chyba praktyczniej byłoby przenieść pałac prezydencki na stołeczny wydział geriatrii. Mauretania, choć jest większa od Francji, nie pojawiała się w relacjach światowych mediów i tylko 2 proc. jej mieszkańców ma dostęp do internetu, więc chociaż tutejsze rozruchy też zaczęły się od dramatycznego samospalenia, to władze nie miały najmniejszych problemów z ich siłowym zduszeniem. W Omanie pod wpływem demonstracji odwołano połowę ministrów, w Jordanii i Kuwejcie z pracą pożegnali się premierzy, a w Maroku wprowadzono poprawki do konstytucji przyznające większe uprawnienia parlamentowi oraz uznające berberyjski za drugi oficjalny język państwowy, ale żaden z władających tymi krajami monarchów nie był nawet poważnie zagrożony utratą tronu. Arabia Saudyjska postawiła opozycjonistów przed specjalnymi trybunałami oryginalnie stworzonymi do sądzenia terrorystów, a zamieszkujących Prowincję Wschodnią szyitów domagających się zakończenia dyskryminacji po prostu potraktowała jak wroga, wysyłając na nich oddziały wojskowe – ten sam scenariusz przećwiczyła zresztą w sąsiednim Bahrajnie, gdzie utrzymać władzę pomagało zaprzyjaźnionej dynastii między innymi tysiąc saudyjskich żołnierzy.

Są też kraje, gdzie rewolucja się powiodła, ale trudno uznać, żeby ich mieszkańcy mogli być z tego powodu zadowoleni. Libia pół roku temu de facto rozpadła się na dwie części: uznawany przez Zachód rząd działa w Tobruku, bo z Trypolisu wygoniła go koalicja islamistów. Obie strony toczą bezpardonową walkę, w chwili obecnej starcia są najcięższe od powstania przeciwko Muammarowi Kaddafiemu, a pod nieobecność policji i armii zwykłych Libijczyków (z których prawie pół miliona musiało już porzucić własne domy) prześladują też zorganizowane grupy zwykłych bandytów. W Syrii scenariusz różni się o tyle, że połową kraju dalej rządzi Baszszar al-Asad. Od wybuchu wojny domowej w marcu 2011 r. życie straciło 200 tys. osób, a kolejne 6,5 mln uciekło z dotychczasowego miejsca zamieszkania: według opublikowanego w zeszłym tygodniu raportu ONZ, Syryjczycy właśnie wyprzedzili Afgańczyków jako naród z największą liczbą uchodźców na świecie. W Jemenie obalony prezydent Saleh wciąż stara się wrócić do gry, przez co kraj coraz bardziej pogrąża się w chaosie. Przez trzy lata od Arabskiej Wiosny sytuacja w kraju tylko się pogorszyła: w rankingu Transparency International z 2013 r. Jemen jest dziesiątym najbardziej skorumpowanym państwem świata, to jego najgorszy wynik od rozpoczęcia badań, według danych Banku Światowego od 2009 r. skala ubóstwa wzrosła z 42 proc. do 54,5 proc., a Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa alarmuje, że co drugiemu Jemeńczykowi grozi dziś głód. Egipt, gdzie rewolucja także się powiodła, krótko potem przeszedł zamach stanu, w którym władzę na powrót wzięła armia – w listopadzie demokratyczne zdobycze zostały ostatecznie pogrzebane, kiedy trybunał w Kairze anulował kary dla dyktatora Mubaraka i jego siedmiu bliskich współpracowników (w tym byłego ministra spraw wewnętrznych) za śmierć 850 manifestantów. Tymczasem do więzień trafili czołowi aktywiści z placu Tahrir.

Jedynym przypadkiem, gdzie Arabska Wiosna okazała się sukcesem i przyniosła demokratyzację kraju jest właśnie ojczyzna rewolty – Tunezja. Przez cztery lata armia nie mieszała się tu do życia politycznego. Ennadha, lokalny odpowiednik Bractwa Muzułmańskiego, wygrała pierwsze wybory po obaleniu dyktatora, ale wbrew obawom przeciwników nie forsowała za wszelką cenę szarijatu i zgodziła się na konstytucję, której podstawą nie będzie Koran. Za łyżkę dziegciu w beczce miodu można uznać zeszłomiesięczną wygraną w wyborach prezydenckich 88-letniego Caida Essebsiego, świetnie ulokowanego w tunezyjskiej polityce już od pół wieku: za czasów pierwszego prezydenta niepodległej republiki Habiba Bourguiby pełnił rolę ministra spraw wewnętrznych i nadzorował powstanie państwa policyjnego, a już pod Ben Alim szefował skompromitowanemu parlamentowi. Trudno jednak nie docenić, że mimo politycznych morderstw, których ofiarami dwa lata temu padli działacze opozycji, głosowanie przebiegało w pokojowej i spokojnej atmosferze, a jego wyniki nie wywołały napięć. Sondaże pokazują, że bardziej niż polityką, Tunezyjczycy przejmują się dziś 15-procentowym bezrobociem.

Jeszcze w 2011 r. Zogby Research Services, ośrodek badania arabskiej opinii publicznej, przeprowadził sondaż wśród obywateli Egiptu, Libanu, Jordanii, Iraku, Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Iranu i Turcji, w którym sprawdzał nastawienie respondentów do Arabskiej Wiosny. To samo badanie zostało powtórzone jesienią minionego roku. O ile cztery lata temu większość przepytywanych twierdziła, że regionowi dobrze służą te wydarzenia, to już obecnie takiego zdania są tylko zamożni mieszkańcy Zjednoczonych Emiratów Arabskich (choć i tu entuzjazm wobec Arabskiej Wiosny zmniejszył się z 65 do 53 proc.). Cała reszta odnosi się negatywnie do spuścizny po buncie, szczególnie w Egipcie i Jordanii, gdzie złe zdanie o przemianach ma dziś po 43 proc. respondentów (wcześniej było to odpowiednio: 12 i 14 proc.).

Arabska Wiosna w żadnym z objętych nią krajów nie zdołała wyłonić ani jednego wyraźnego lidera. Władzę wzięli albo ludzie nie będący jej kołami napędowymi, albo powiązani z dawnymi reżimami, pod warunkiem, że te w ogóle nie obroniły swojej pozycji. Ponadnarodowy charakter buntu nie okazał się zwiastunem większej integracji w regionie – jeżeli już, to Jemen, Libia i Syria zdają się zmierzać w stronę trwałej fragmentaryzacji. Demokracja, za wyjątkiem Tunezji, wciąż jest tu tylko pustym sloganem. Niestety, na lato przyjdzie jeszcze poczekać.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

5 KOMENTARZE

  1. Dzień dobry 🙂 Świetny blog, przeczytałem aż do początku. Gratuluję, bo pochwał nigdy za wiele. Miło czasem przeczytać co się na świecie dzieje, poza naszym grajdołkiem.
    A z korektą obywatelską przy okazji śpieszę: „w Jordanie i Kuwejcie” i „przepyytywanych „. Jeszcze raz wielkie dzięki za ten polepszacz umysłów.

  2. Tak się składa, że Tunezja jest już skończona…
    Przez postępowe rządy.
    Posłały one bowiem do szkół całą młodzież, włącznie z dziewczynkami.
    No i urodzenia padły na pysk. Udział młodzież w społeczeństwie cały czas spada, ale najlepsze jest dopiero przed nimi…
    A to, że młodzież uczyła się w szkole nie ma zauważalnego wpływu na gospodarkę.

  3. Na szczęście Niger, gdzie do szkoły chodzi tylko co czwarta dziewczynka, jest na ostatniej prostej do zostania drugą Japonia.

  4. I po cóż ironia…

    Kult cargo może także wystąpić w wydaniu *postępowym* i *oświeconym*.

    Najwyraźniej logika postępowania była tam taka:
    – Jeżeli w bogatych krajach dzieci i młodzież chodzą do szkoły,
    – to jeżeli my poślemy dzieci młodzież do szkoły, to staniemy się bogatym krajem.

    Ale jest w tym rozumowaniu błąd…
    Szamana wyobrażamy sobie jako dzikusa z kością w nosie, ale może on jak najbardziej być ubranym w garnitur absolwentem wyższej uczelni, używającym często słów: `postęp’ i `edukacja’.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here