Na pieska

4

Sylwester na Kubie był gorący. Dosłownie i w przenośni, bo chociaż temperatura nie spadła poniżej 20 stopni Celsjusza, to niektórzy wyspiarze pocili się przede wszystkim na myśl, że władze odkryją ich zebranie. I nie chodzi wcale o politycznych dysydentów, tylko o szukającą rozrywki młodzież.

Na początku grudnia dyktatura braci Castro postanowiła się rozprawić z reggaetonem. W czym wspierają ją nawet ci lokalni muzycy, którzy sami są przez rząd cenzurowani.

Chupi ChupiTen pan już pracy na Kubie nie znajdzie (Fot. Osmani Garcia/Chupi Chupi)

„To agresywne, obsceniczne teksty, które deformują wrodzoną zmysłowość kubańskich kobiet, oraz groteskowo i seksualnie je uprzedmiotawiają. W dodatku są okraszone najgorszej jakości muzyką” oburzał się w dzienniku „Granma” Orlando Vistel Columbié, szef Kubańskiego Instytutu Muzycznego. Urzędnik dodał, że już niedługo wejdzie w życie prawo, które określi jakie gatunki wolno będzie puszczać w miejscach publicznych. Tymczasem władze już zmuszają stacje telewizyjne i radiowe, żeby usunęły ze swoich ramówek reggaeton, a muzykom, którzy odważą się wykonywać utrzymane w tej stylistyce piosenki grozi zakaz pracy w zawodzie.

To nie pierwszy raz, kiedy Vistel Columbié bierze się za bary z portorykańskimi rytmami. W 2011 r. publicznie napiętnował rodzimego wykonawcę reggaetonu Osmaniego Garcíę i wespół z ówczesnym ministrem kultury Abelem Prieto, zdołał wyrzucić z prestiżowego konkursu kubańskich teledysków jego przebój „Chupi Chupi”, kolorową gloryfikację seksu oralnego:

Reggaeton od samego początku zmaga się z silną krytyką, z reguły dotyczącą obsceniczności tekstów. Już w 1995 r. portorykańska policja – posiłkując się przepisami o ochronie moralności publicznej – rekwirowała ulicznym handlarzom kasety z przebojami utrzymanymi w tej stylistyce. W następnej dekadzie nad ewentualnym zdelegalizowaniem gatunku obradował miejscowy parlament. W 2006 r. Tego Calderon i Daddy Yankee, czołowi gwiazdorzy reggaetonu, dostali zakaz publicznych występów na Dominikanie, a ich piosenki przymusowo usuwano z lokalnych list przebojów. Niecałe dwa lata temu, w Kolumbii próbowano zakazać dystrybucji płyt z portorykańskimi hitami, argumentując że zawierają podprogowy przekaz nakłaniający do zażywania narkotyków.

W Hawanie urzędnicy też oburzają się na frywolne teksty, ale prawdziwą kością w gardle staje im przede wszystkim charakterystyczny taniec.

Perrear to hiszpański neologizm, który dosłownie oznacza „robić to na pieska”, ale powszechnie jest używany na określanie tego, co w wielu karaibskich dyskotekach dzieje się na parkiecie, kiedy z głośników dudni reggaeton. Kobiety intensywnie ocierają pośladki o krocza swoich partnerów, pary otwarcie symulują stosunek, a taniec jest często nazywany „seksem w ubraniu”. Chociaż perreo szybko rozprzestrzeniło się po całym regionie – na Jamajce oraz pozostałych anglojęzycznych wyspach niezależnie wykształcił się jeszcze bardziej dosadny daggering – i można by uznać, że to wyraz liberalnego na Karaibach podejścia do seksualności, to na Kubie styl pojawił się w co najmniej kontrowersyjnych okolicznościach. Po upadku Związku Radzieckiego, ojczyzna braci Castro stanęła na krawędzi bankructwa. Większość lat 90. upłynęła na wyspie pod znakiem braków w zaopatrzeniu i powszechnego głodu. Prostytucja osiągnęła poziom niewidziany od czasów byłego dyktatora Fulgencio Batisty, a importowane perreo stało się prawdziwą dźwignią w handlu ciałem. Zmarła w czerwcu zeszłego roku Jan Fairley – brytyjska muzykolożka i promotorka latynoskich stylów muzycznych – dowodzi w wydanej przez Uniwersytet Duke’a monografii „Reggaeton”, że Kubanki zaczęły w ten sposób uwodzić ściągających coraz liczniej do Hawany zagranicznych turystów, chętnie obsypujących dolarami bezpruderyjne Latynoski.

Władze potępiają więc reggaeton. I, co ciekawe, zgadzają się w tym z nimi muzycy, którym z braćmi Castro też nie po drodze:

„Reggaeton to negatywna muzyka, która odwraca uwagę kubańskiego społeczeństwa od problemów, które wciąż je nękają” powiedział El B, jeden z założycieli grupy. Zespół krytykuje portorykański gatunek w wywiadach i licznych utworach, między innymi w głośnym „Pesima conducta”. Nic dziwnego: Los Aldeanos to jeden z czołowych hip hopowych składów na wyspie, a miejscowy rap wciąż mocno odbiega od tego, co prezentuje np. pochodzący stąd, ale wychowany w Stanach Pitbull.

W latach 90. na falach łapanych z Miami radiostacji zaczął się pojawiać hip hop, który szybko zdobył popularność wśród młodzieży w Hawanie. W repertuarze regularnie pojawiały się utwory społecznie zorientowanych zespołów z kręgu Native Tongues i okolic, pierwsi słuchacze na Kubie zaczęli więc traktować gatunek bardziej jako medium do komentowania otaczającej ich rzeczywistości, niż czystą rozrywkę. Wkrótce wyspę zaczęli odwiedzać amerykańscy muzycy, którzy miejscowych jeszcze w tej wizji utwierdzili, między innymi Mos Def i Talib Kwali, Common, czy Dead Prez. Chociaż od tamtej pory na Kubie zdążyły się pojawić hip hopowe ekipy zorientowane wyłącznie na rozrywkę, to trzon ruchu wciąż stanowią zespoły zajmujące się kwestiami społecznymi. Los Federales, Explosión Suprema, czy Reyes de la Calle rymują o rasizmie, który wciąż jest na wyspie silny, choć oficjalnie nie istnieje, LHA krytykuje machismo, a dziewczyny z Las Crudas domagają się równych praw dla homoseksualistów. Gdy tylko w tekstach pojawiają się kwestie polityczne, władza szybko sięga po represje – raperzy z Anónimo Consejo po wykonaniu na koncercie utworu o policyjnej przemocy trafili natychmiast do aresztu.

Ostatecznie jednak, wysiłki Ministerstwa Kultury i Kubańskiego Instytutu Muzycznego mogą spełznąć na niczym. W latach 60. Che Guevara osobiście nakazał rozbijać „burżuazyjne” jazzowe imprezy. Pięć dekad później, Orlando Vistel Columbié w tym samym tekście, gdzie zapowiada sankcje wobec reggaetonu, dodaje: „Mamy wielu muzyków jazzowych, którzy cieszą się międzynarodowym uznaniem”. Najlepszą strategią dla muzyków na Karaibach jest najwyraźniej przeczekać.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

4 KOMENTARZE

  1. @garaż: Zdecydowanie się z Tobą zgadzam, niektóre piosenkireggaetonowe to zwykłe disco polo, ale kubańskie :). P.s. Ja jestem pod wrażeniem jakości produkcji teledysku, Osmaniego pewnie wsparli finansowo socios z Włoch 🙂

  2. „zwykłe disco polo, ale kubańskie”

    Portorykańskie! :p Reggaeton z Kuby to podobno Cubaton, ale to raczej taki myk, jak z szukaniem 5 tysięcy nazw dla tego, co gra Thievery Corporation. Co do tekstów, to pełna zgoda i ta zasada dotyczy znacznie szerszego kręgu muzycznego, patrz reggae.

    Pzdr

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here