Gorączka złota

2

Policjantów było sześciu, podjechali trzema wozami i nie ściągnęli masek z twarzy. Musieli wcześniej wszystko zaplanować, bo działali błyskawicznie: pobili kapitana kolbami od karabinów, sterroryzowali bezbronną załogę, od razu kazali otworzyć ładownię ze złotem, a kilkanaście minut później po napastnikach i 216 kilogramach łupu nie było już nawet śladu.

Marynarzy przekonanych, że padli ofiarą skorumpowanych stróżów prawa, musieli wyprowadzić z błędu dopiero prawdziwi funkcjonariusze. Złodzieje mieli bowiem wypisane na kamizelkach angielskie „Police”, tymczasem na Curaçao obowiązuje wersja w lokalnym języku papiamento: „Polis”. Załoga nie miała o tym pojęcia, bo wszyscy jej członkowie – tak jak i ładunek – pochodzą z Gujany. Która od paru lat ma ze złota tyle samo korzyści, co problemów.

GujanaTyle zostaje z dżungli po odnalezieniu w niej złota (Fot. Sean McCann/Flickr)

Dla dobra śledztwa policja nie podaje kto miał być nadawcą, ani adresatem przesyłki, ale zdradza, że o rejsie i zawartości ładowni wiedziała zawczasu, bo armator zastosował się do obowiązującego prawa i poinformował służby o całym przedsięwzięciu. Na tym jednak zgodność z protokołem się kończy.

Transport złota z Gujany do Curaçao nie jest niczym wyjątkowym, ale z reguły odbywa się drogą powietrzną i to w asyście dobrze uzbrojonej ochrony. Tymczasem „Summer Bliss” to wysłużony i już nieco zardzewiały kuter rybacki, a nikt z czteroosobowej załogi nie miał ze sobą nawet jednego pistoletu. Jak przyznał agencji Associated Press jeden z marynarzy, na poprzednich rejsach obowiązywały równie nonszalanckie zasady bezpieczeństwa.

Cięcie kosztów przy ładunku wartym 11,5 mln dolarów wydaje się mało prawdopodobne. Tym bardziej, że według władz Gujany żadna jednostka pod nazwą „Summer Bliss” nie opuszczała w ostatnim czasie portu w Georgetown. Nieoficjalnie mówią więc, że chodzi zapewne o przemyt. Zwłaszcza, że w taki właśnie sposób wywożona jest aż połowa z wydobywanych tu rocznie 650 tys. uncji złota.

Ceny drogocennego kruszcu idą do góry nieprzerwanie od ponad pięciu lat. Dla niewielkiego południowoamerykańskiego państewka – które słynny brytyjski odkrywca Walter Raleigh uważał za pierwowzór legendarnego El Dorado – okazuje się to szóstką w totka: Amerykanie, Chińczycy, Rosjanie czy Brazylijczycy zainwestowali małe fortuny w tutejsze kopalnie, a w tym roku Gujana zarobi na swoim złocie 600 mln dolarów, czyli sześciokrotnie więcej niż na cukrze, który obok ryżu i boksytów był do tej pory podporą miejscowej gospodarki.

Ale nagła fortuna potrafi wyrządzić więcej szkody niż pożytku tym, którzy nie są na nią przygotowani. A Gujana nie była.

Ogromne ilości kruszcu są wydobywane chałupniczymi metodami przez domorosłych górników zebranych w niewielkich obozach, albo samotnych posterunkach. To prawdziwa gorączka i wiele osób porzuca swoje dotychczasowe zajęcia w pogoni za szczęściem, do czego zachęca prosty rachunek matematyczny: sprawny górnik może w ciągu tygodnia wypracować miesięczną pensję policjanta. Te dysproporcje w zarobkach wyraźnie odbijają się na statystykach przestępczości. Według oficjalnych szacunków, połowa wydobywanego tu złota jest nielegalne wywożona z kraju, z reguły do Surinamu i Brazylii. Zorganizowane grupy przemytnicze i okazyjni bandyci są odpowiedzialni za kolosalny wzrost przemocy w granicznych regionach: przed boomem, w Gujanie było 10 morderstw na rok, a teraz już pięć razy więcej (nie licząc tych nigdy nie zgłoszonych). Niektóre przyprawiają o prawdziwe ciarki – w sierpniu zeszłego roku złodzieje zastrzelili opornego górnika, a jego syna pogrzebali żywcem. O wiele częstsze są okaleczenia, lekarze w niewielkim miasteczku Mahdia regularnie opatrują ofiary ataków maczetami, zszywają rozcięte głowy i poharatane kolana. W okolicach brakuje utwardzanych dróg, więc sprawiedliwość rzadko tu dociera. Górnicy muszą się bronić sami, wzrasta sprzedaż broni, często nielegalnej.

Zagrożony jest też inny bezcenny skarb – dżungla amazońska, która pokrywa 80 proc. kraju i jest domem dla licznych zagrożonych gatunków, z których najbardziej znany to jaguar. W małych, nielegalnych kopalniach, do poszukiwania złota używa się rtęci, która sprawia, że kruszec opada na dno płukanki. Trujący pierwiastek niszczy zdrowie górników, sprzedawców z przenośnych leśnych sklepów, w których można wymienić kruszec na niezbędne towary i w końcu jubilerów. Ale rtęć spływa też w dół rzek, zanieczyszczając tradycyjne wodopoje. Organizacje reprezentujące rdzenne plemiona zamieszkujące dżunglę alarmują, że coraz więcej Indian przymiera głodem – zwierzęta nie pojawiają się już w tych samych miejscach, co zawsze, a tubylcy muszą poświęcać coraz więcej czasu na znalezienie wody pitnej i zdrowych ryb.

Jeszcze w 2006 r., były prezydent Bharrat Jagdeo wymyślił plan „adopcji” dżungli – sponsorzy mieliby płacić za jej ochronę. Trzy lata później, chęć zapłacenia 250 mln dolarów wyraził rząd Norwegii, ale fundusze muszą przechodzić przez Bank Światowy, który póki co twierdzi, że Gujana nie byłaby ich w stanie właściwie spożytkować.

Tymczasem, mimo, że od kradzieży mija dziś tydzień, policja na Curaçao wciąż nie złapała sprawców. Prosi więc mieszkańców, żeby pomogli jej zidentyfikować samochody złodziei.

No. Ale polskiego czytelnika to nie interesuje.

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here